3°C bezchmurnie

Tym razem nie „na jednego”

Handel i usługi, razem „na jednego” - zdjęcie, fotografia

Jest rok 1967. Stolica potrzebuje mieszkań! Uszczęśliwiająca wszystkich i wszystko, Polski Ludowa, ma i na to receptę. Odbiera ojcowiznę kułakom i rozległe pola kapusty wyrastającej na żyznych ziemiach Rakowca, sukcesywnie znikają z warszawskiego pejzażu – niech się mury pną do góry! Niestety, za wielkimi przemianami, jakie przynosi ludzkości jedynie słuszny raj socjalizmu, nie nadążają źle uświadomione, wrogie elementy. Zamiast wdzięczności, posyłają swoje dzieci na lekcje religii do drewnianego baraku przy Dickensa. O zgrozo, idą jeszcze dalej! Pomagają księdzu Kołakowskiemu przekształcić go w tymczasową kaplicę. Ale i na to ma receptę uszczęśliwiająca wszystkich i wszystko, Polska Ludowa. 19 czerwca 1967 r. organ jej wszechwładzy – niejaka Rada Narodowa, cofa pozwolenie na budowę kościoła i pod osłoną nocy 3.000 milicjantów z psami i armatkami wodnymi „zabezpiecza teren”, a właściwie uświadomieni działacze partyjni wraz z ormowcami rozbijają buldożerami ogrodzenie dopiero co erygowanej parafii. Zbiegające się zewsząd wrogie elementy, pakuje się do „bud” i wywozi na socjalistyczne rekolekcje w aresztach. Kolejne miesiące przynoszą zabranie większej części kościelnego placu, areszt domowy proboszcza i nakładanie wysokich grzywien.

Myliłby się jednak ten kto myślałby, że jedynie słuszny ustrój ma tylko surowe, każące oblicze. Przecież Polska Ludowa chełpi się, że jest krainą demokracji ludowej! A jak demokracja, to należy dać ludowi wybór! Owszem, ale jaki? - kotłowało się w głowach partyjnych sekretarzy. Żadna z kronik nie odnotowała ile rozpito butelek głowiąc się nad rozstrzygnięciem tego dylematu. Ponoć rozwiązanie przyszło „z góry”: „Ma być kościół, niech będzie i karczma” - miał powiedzieć ważny sekretarz, co przywitano aplauzem na stojąco. „Niech sobie lud wybiera” - dodał zadowolony z siebie i zmęczony osunął się pod zasłany czerwonym suknem stół.

Następnego dnia usłużni urbaniści coś tam poprzestawiali na makiecie osiedla i jak raz wyszło, że można postawić piękny, piętrowy pawilon, który przyćmi drewniany barak proboszcza; i to ledwie 100 metrów od kościelnej furtki! Rozdzielono premie i przekazano sprawę architektom.

Nastał rok 1971. W pyszniącym się świeżutką boazerią, dwupoziomowym lokalu wystrzeliły korki od radzieckiego szampana, a z kuchni poniosło zapachem schabowego i smażonej kapusty. Przecięta wstęga otworzyła partyjnemu aktywowi drogę do stolików. Oczywiście, ponieważ w kraju właśnie trwała gierkowska odnowa, przypomniano sobie i o drugiej, choć nie bardzo leżącej na sercu PZPR-owskiego aktywu, stronie demokracji – takiej to, że powinna mieć ona coś wspólnego z wyborem. Więc w rok od pamiętnego przecięcia wstęgi zaczęto przebąkiwać o możliwości budowy kościoła. Bąkano jeszcze kilka lat i budowa ostatecznie ruszyła w 1974. I tak to, pod skrzydłami ludowej demokracji ludność Rakowca otrzymała przywilej wyboru na sposób spędzania wolnego czasu.

Mijały lata. Restauracja nomen omen o wdzięcznej nazwie „Pod Skrzydłami”, wrosła w pejzaż skrzyżowania Grójeckiej z Dickensa. Za dnia wpadali tu wracający z „Zieleniaka” badylarze, by pokrzepić się tradycyjną w Warszawie „meduzą w okularach”, czyli galaretą w towarzystwie dwóch setek wódki. Wieczorami zaś, przybywały arystokratki ponoć najstarszego zawodu świata, by służyć czym tam miały miejscowej elicie, a jeszcze chętniej dolarowym, arabskim studentom. A gdy w latach 90-tych wyszło na jaw, że demokracja ludowa to bujdy, i wystarczy zwykła demokracja, lokal zaczął podupadać, aż znikł całkowicie z rozrywkowej mapy Warszawy.

Za opustoszały parkiet zabrali się handlowcy z Ochockiej Izby Gospodarczej. Raz dwa przerobili knajpę na dom handlowy, by na fali wolności „a'la minister Wilczek”, napędzać wzrost rodzimego PKB. Czego tam nie było! Buty, rajstopy, telewizory, zabawki, kiełbasa i zagrycha... cokolwiek, byle się sprzedało. Pewnie byłoby tak do dziś, gdyby kolejne, coraz bardziej demokratyczne rządy nie zabrały się za poprawianie „wilczkowej” wolności. Poprawiono ją tak dalece, że wkrótce sprostać jej mogły już tylko wielkie supermarkety. Wyciekali więc jeden po drugim kupcy, a tracący na atrakcyjności lokal popadał w zapomnienie.

Być może coś jednak drgnęło i mosiężne żurawie na „betonowanej patelni” przed witrynami dawnej knajpy, będą świadkami kolejnej reanimacji tego zakątka. Nowy gospodarz, Ośrodek Kultury Ochoty, urządził tu „Miejsce Aktywności Lokalnej”, w skrócie MAL. Idea ciekawa. W kilku odremontowanych pomieszczeniach urządzono sale, które mają służyć najróżnorodniejszym inicjatywom mieszkańców. Nie zajęciom pod ustalony odgórnie szymel, a właśnie oddolnym inicjatywom. Jeżeli masz pomysł, który może zainteresować sąsiadów, zgłoś się. Panie, westalki (może trafniej -MOLKI) sąsiedzkiego ogniska, pomogą Ci nagłośnić twoją inicjatywę.

Umieszczą ją w grafiku zajęć, wydrukują plakaty i posłużą dobrą radą. Tobie pozostanie poprowadzić własne, autorskie zajęcia. Już dziś odbywa się tam regularne czytanie bajek dla dzieci, wieczory gier planszowych, zajęcia aerobiku, sąsiedzka wyprzedaż zbędnych rzeczy, i wiele innych. Chodzi ci coś po głowie? Nie czekaj, wpadnij. Tym razem nie „na jednego”.

 


Ostatnie video - filmy na iOchota.pl